Wczoraj rano pojechałem stopem do Milltown.
Jako pierwszy podrzucił mnie Irlandczyk pracujący jako steam cleaner. Wysiadłem w Clonmell i zjadłem śniadanie na stacji benzynowej, rozmawiając z uroczą Litwinką i jej koleżanką z obsługi.
Wychodząc ze stacji minąłem dwóch irlandzkich dresiarzy (nackers’ów), którzy później, gdy wystawiłem się na na stopa, zaczęli iść w moją stronę, spoglądając z niedowierzaniem i pogardą.
Pomyślałem, że byłaby dobra akcja, gdybym złapał stopa właśnie teraz,ucierając nosa niedowiarkom. Sekundę później zatrzymuje się samochód z trzema Czechami i zabiera mnie do … nie pamiętam gdzie.
W “nie wiem gdzie” ustawiłem się obok wjazdu na budowę, w kiepskim miejscu za wzniesieniem, zaczyna padać deszcz.
Gdy pojawia się czarne BMW chcę schować kciuk – takie auta nigdy nie stają – ale widzę kierunkowskaz. Przestaję się dziwić, gdy dostrzegam rejestrację “LV” i całą drogę do Tipperary rozmawiam z kierowcą po rosyjsku.
Wyjeżdżamy z chmury i przechodzę przez całe miasto, gdzie ta sama chmura oblewa mnie deszczem po raz drugi. Po krótkiej chwili staje student ubrany w strój rugby, jadący do Limerick grać mecz – jest już sporo spóźniony. Wysadza mnie w centrum miasta, skąd kieruję się na wylotówkę, przestraszając starszego pana pytaniem o drogę.
Łapię Vana do Ennis, którego kierowca stamtąd pochodzi, ale pracuje w Cork. Podrzuca mnie na stację benzynową w kierunku Ennistymon, gdzie zaczynam łapać kolejne auta.
Po kilku minutach zatrzymuje się audi A3 z dwoma chłopakami. Zanim zdążyłem podejść, pasażer wysiada i odchyla siedzenie. Mówię “Hi” i w odpowiedzi słyszę “Milltown Malbay, right?” – dwulitrowy sześciobiegowy bolid zabiera mnie na główną ulicę Milltown, dwukrotnie przekraczając dozwoloną prędkość.
Kupuję korale, jemy kolację z Corą, Johnem z Oslo, Olgą, Dennisem z Birmingham i Dereckiem. Wieczór kończy się o 8 rano.
W niedzielę Olga podrzuca mnie za Ennis, skąd po krótkiej chwili zabiera mnie Sean, 32-letni Irlandczyk w starej Hondzie Civic, którą prowadzi w bardzo europejskim stylu. Zahaczamy po drodze o jego dom, gdzie gotuje obiad dla brata i jedziemy do Cork.
Sean pracuje dla UPS, oferuje mi wsparcie autostopowe kierowców jego firmy. Rozmawiamy o studiach w Irlandii i grantach, zamieniamy się mailami, obiecuje przesłać mi wszystkie informacje. Prowadzimy szalenie ciekawą rozmowę o życiu, Sean okazuje się być bardzo otwartym i inspirującym człowiekiem. Wysadza mnie na wylotówce grubo za Corkiem. Na pewno jeszcze się spotkamy.
Po przejściu kawałka drogi zatrzymuje mi się kolejny człowiek z West Cork, z okolic Bere Island – miejsca, skąd pochodzi Cora. Podrzuca mnie do następnego miasteczka, żeby było mi łatwiej łapać. Dowiedziawszy się, że lubię irlandzką muzykę, szuka kasety, którą chce mi ofiarować. Nie znajduje jej, więc w ramach rekompensaty daje mi pomarańczę.
Z tego miasteczka po kilku minutach zabiera mnie dwóch Polaków, z których jeden prowadzi tutaj firmę budowlaną. Ma 32 lata i niecałe dwa lata temu przyjechał tu na ślepo z plecakiem i namiotem – kolejna inspirująca postać. Piotr jest wyjątkowo (jak na Polaka) zainteresowany kulturą Irlandii. Po kilku moich festiwalowych opowieściach chciałby za rok wybrać się tam ze mną. Wymieniamy się kontaktami. Zostawia mnie w turystycznej miejscowości Youghal.
Po krótkiej chwili zabiera mnie stamtąd kolejny Polak, który jedzie do Wicklow, gdzie pracuje w tartaku. W Irlandii chodzi po górach. Wymieniamy się mailami. Wysadza mnie w centrum Waterford i zapominam u niego w aucie pomidory i ogórki, które dał mi Sean – wieczorem Piotr (też ma tak na imię) zrobi sobie z nich sałatkę.
Prawdopodobnie zainteresuje Cię również:
Pierwszy dzień pracy przy wykopkach archeologiczny...
W tygodniu nie dzieje się nic niezwykłego. Praca d...
Dziś wróciłem z Milltown z July i jej przyjaciółką...
Tagi: 2007, autostop, Irlandia, Milltown Malbay
Kategoria: Dzienniki podróży
Zostaw komentarz
Obowiązuje netykieta. Pamiętaj, że sposób wyrażania opinii świadczy o osobie, która ją wyraża.










